Nie gniewaj się Jerzy…

Drukuj

PiS tak długo przywiązany był do idei Giedroycia, jak długo stanowiły one wygodny oręż w krytyce przeciwników politycznych. Dziś, gdy w partii i wśród jej elektoratu silne są nastroje nacjonalistyczne, dziedzictwo „Kultury” wydaje się stanowić zbędne obciążenie.

Ponad rok temu na tych łamach pisałem o błędnym rozumieniu idei Jerzego Giedroycia przez środowisko Prawa i Sprawiedliwości. Dziś wydaje się, że główna teza tamtego artykułu wymaga pewnej aktualizacji. Obecne działania i retoryka ugrupowania rządzącego, a przede wszystkim jego lidera – Jarosława Kaczyńskiego zdają się świadczyć, iż wcześniejsze powoływanie się na spuściznę Redaktora miało charakter czysto użytkowy na potrzeby bieżącej walki partyjnej. Coraz mniej wskazuje, aby to wynikało z autentycznych przekonań, bowiem dziś z tych samych, utylitarnych powodów PiS zdaje się być gotowym o Giedroyciu zapomnieć

„Kultura” – tak, Tusk – nie

Przypomnijmy, że pod określeniem „idea” czy też „doktryna Giedroycia” kryje się zbiór wytycznych dla przyszłej polityki zagranicznej niepodległej Polski, opracowanych po II wojnie światowej przez środowisko paryskiej „Kultury”. Redaktorem naczelnym pisma był Jerzy Giedroyc, a zasadnicze założenia wspomnianej koncepcji opracował Juliusz Mieroszewski. Składało się na nie m.in. pojednanie ze wschodnimi sąsiadami Polski, wspieranie niepodległości i demokratyzacji Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB), a w ślad za tym oddziaływanie na rzecz liberalizacji samej Rosji. Istotnym elementem doktryny był również postulat odbudowy relacji z Niemcami oraz włączenia się Polski w polityczne, gospodarcze i militarne procesy integracyjne Europy Zachodniej. Giedroyc był również zdecydowanym zwolennikiem świeckiego charakteru państwa.

Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi środowisko PiS zarzucało tandemowi Tusk-Sikorski porzucenie doktryny Giedroycia. Według ówczesnej opozycji dokonywane przez rząd PO-PSL zbliżenie z Berlinem i Paryżem, a także próba tzw. resetu z Moskwą odbywały się kosztem zaniedbania polityki wschodniej.

Baćka – przyjaciel „dobrej zmiany”

Po zmianie władzy trudno jednak w tej sferze dostrzec intensyfikację działań. Obserwujemy, co prawda, próby dialogu z władzami Białorusi – problem w tym, że często ma to miejsce z ominięciem tamtejszych środowisk opozycyjnych. Pojawiły się również sygnały o planach rządu dotyczących likwidacji Telewizji Biełsat i Radia Racja (mediów nadających z terytorium RP po białorusku i popularyzujących wartości obywatelskie i demokratyczne). Wedle deklaracji ministra Waszczykowskiego, nadawców tych w białoruskim eterze miała zastąpić – przy aprobacie Łukaszenki – polskojęzyczna TV Polonia. W ten sposób – jak zauważyła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – priorytet wspierania demokracji we wschodnim sąsiedztwie ustąpił planowi promocji polskości. Inaczej mówiąc jest to odejście od idei Giedroycia na rzecz koncepcji bliskich Romanowi Dmowskiemu.

Nacjonaliści nadają ton

Również w relacjach z Litwą w minionym roku nie odnotowano przełomu, a przypomnijmy, że co najmniej od 2011 r. były one napięte za sprawą konfliktu wokół praw polskiej ludności w tym kraju. Z pewnością poprawie klimatu nie służyła wypowiedź szefa gabinetu politycznego ministra spraw zagranicznych RP, w której stwierdził, że „polskim żołnierzom trudno jest wytłumaczyć, dlaczego mieliby bronić Litwy” – skoro ta dyskryminuje polską mniejszość. Co ciekawe, problemy naszych rodaków na Białorusi – mimo, że poważniejsze niż na Wileńszczyźnie – nie stanowią przeszkody dla obecnej intensyfikacji relacji na linii Warszawa-Mińsk.

Kontakty polsko-ukraińskie w minionym roku, jak zauważył Andrzej Szeptycki, miały charakter dwutorowy – a mówiąc bardziej kolokwialnie – wręcz schizofreniczny. Z jednej strony władze w Warszawie zapewniały o bliskich kontaktach z Kijowem, czego przejawem była m.in. obecność prezydenta Dudy – jako jedynego zagranicznego przywódcy – na uroczystościach związanych z dwudziestopięcioleciem odzyskania przez Ukrainę niepodległości. Innym przykładem była współpraca wojskowa obu krajów. Z drugiej strony PiS nie do końca potrafił okiełznać w swoich szeregach frakcję „endecką”, czego dowodem była sejmowa uchwała o zbrodni wołyńskiej, czy brak zdecydowanej reakcji władz na incydenty antyukraińskie w południowo-wschodniej Polsce. Dobry przykład tej dwoistości przyniósł ostatni weekend stycznia br. W Przemyślu odbywała się międzynarodowa konferencja „Europa Karpat” z udziałem premier Szydło, gdzie dyskutowano o zacieśnieniu współpracy państw regionu karpackiego (w tym Ukrainy). Natomiast w podrzeszowskiej Jasionce obradowało Forum Polska-Ukraina, które zostało zbojkotowane przez polityków PiS[1] na znak protestu wobec zakazu wjazdu na Ukrainę dla prezydenta Przemyśla Roberta Chomy[2]. Przypomnijmy, że Kijów zarzucał temu politykowi wspieranie anty-ukraińskich marszy Młodzieży Wszechpolskiej. Co więcej, w wywiadzie radiowym prezes Kaczyński uzależnił dalsze poparcie dla euro-atlantyckich aspiracji Ukrainy od przeprowadzenia przez tamtejsze elity polityczne zasadniczej rewizji polityki historycznej. Nie sposób nie zauważyć, że wymagamy od Ukraińców krytycznego spojrzenia wstecz, sami mając z tym problem – o czym świadczy m.in. odmowa wsparcia finansowego ze strony polskiego MSW dla obchodów 70. rocznicy akcji „Wisła”.

Balast za burtę

Biorąc powyższe pod uwagę nasuwa się wniosek, iż prezes PiS tak długo przywiązany był do idei Giedroycia, jak długo stanowiły one wygodny oręż w krytyce przeciwników politycznych. Dziś, gdy w partii i wśród jej elektoratu silne są nastroje nacjonalistyczne, dziedzictwo „Kultury” stanowi zbędne obciążenie i wygodniej jest płynąć z „endeckim” nurtem. Przypomina to nieco inną woltę Jarosława Kaczyńskiego. W latach 90-tych XX w. obecny lider PiS uważał, że „ZChN to najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski”. Czasy i potrzeby polityczne się zmieniły i obecnie prezes Kaczyński intensywnie korzysta ze wsparcia konserwatywnej części Kościoła, a swe zobowiązania spłaca ograniczając świecki charakter państwa. Parafrazując przebój zespołu „Piersi” można powiedzieć Nie gniewaj się Jerzy, tutaj jest jak jest… Niemniej pozostaje poważne pytanie, czy prezes PiS zabiegając o nacjonalistyczny elektorat będzie w stanie nad nim zapanować?

 

 

[1] Wyjątek tu stanowił prezydencki minister Krzysztof Szczerski, który był obecny na wspomnianej konferencji.

[2] Zakaz po licznych interwencjach dyplomatycznych ostatecznie zniesiono.

Czytaj również