Nowy partner, stare zaklęcia

Drukuj

Pokładanie nadziei w postulowanym przez ministra Waszczykowskiego sojuszu Polski z Wielką Brytanią wydaje się być naiwnością. Warto natomiast wrócić do trudnej sztuki gry na wielu fortepianach – ze szczególnym uwzględnieniem instrumentu niemieckiego.

Minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski w swoim niedawnym sejmowym exposé wymienił Wielką Brytanię jako najważniejszego partnera Polski w Europie – dokonując tym samym redefinicji jednego z dotychczasowych priorytetów polskiej dyplomacji, którym były bliskie relacje z Niemcami i Francją. Mając na uwadze olbrzymi skok cywilizacyjny, dokonany przez nasz kraj dzięki członkostwu w Unii Europejskiej, wskazywanie eurosceptycznego Londynu jako kluczowego sojusznika jest zaskakujące. Prowokuje to też kilka pytań:

1) Jaki interes ma Polska, wielki beneficjent unijnej pomocy, w wiązaniu się z krajem opowiadającym się za ograniczeniem budżetu UE?

2) Co jest lepszą odpowiedzią na – wspomniane w exposé – zagrożenie imperialną polityką rosyjską: pogłębienie integracji i jeszcze mocniejsze zakorzenienie Polski w UE, czy spłaszczenie europejskiego projektu wyłącznie do współpracy gospodarczej (za czym zdaje się opowiadać min. Waszczykowski)?

3) Jak ma się postulat skutecznego przeciwstawiania się koncepcji Unii dwóch prędkości do sojuszu z europejskim outsiderem? Czy zwrot polskiej polityki w kierunku brytyjskim, kosztem relacji z Niemcami i Francją, powstrzyma te dwa kraje od intensyfikacji integracji w ramach unijnego rdzenia?

Odpowiedzi na powyższe pytania wydają się oczywiste i skłaniają do wniosku, iż nadanie przez Prawo i Sprawiedliwość relacjom z Wielką Brytanią nadrzędnego charakteru ma nie tyle podłoże racjonalne, co emocjonalne. Kluczowa jest tu silna w obozie rządowym nieufność i niechęć wobec tandemu niemiecko-francuskiego (osądzanego o wszelkie bezeceństwa – od tajnych sojuszy z Moskwą po lekkomyślną otwartość na emigrantów i propagowanie zgniłego liberalno-laickiego modelu państwa). O ile Donald Tusk i Radosław Sikorski wychodzili z założenia, iż najlepszą metodą wpływu na europejskie centrum jest wejście w jego skład, tak ekipa prezesa Kaczyńskiego próbuje tworzyć przeciwwagę. Stąd pomysły sojuszu państw Europy Środkowo-Wschodniej i silnej roli Grupy Wyszehradzkiej. Wobec wzajemnie sprzecznych interesów, a także niewielkiego potencjału gospodarczego tego bloku, proponowane jest teraz jego wzmocnienie już nie tylko aliansem z USA, ale również z Wielką Brytanią.

Drugorzędny, aczkolwiek warty odnotowania, jest tu też czynnik wizerunkowej atrakcyjności Zjednoczonego Królestwa, jako kraju wiernego wartościom bliskim polskiej prawicy. Stratedzy naszej polityki zagranicznej zapominają przy tym, że na wybór splendid isolation i tworzenie własnego Commonwealth nie pozwalają nam zarówno doświadczenie historyczne, położenie geopolityczne, jak i parametry polskiej gospodarki.

Przyglądając się tym deklaracjom sympatii wobec Londynu ze strony gabinetu PiS nie sposób pozbyć się uczucia deja vu. Przed oczami staje rząd Leszka Millera i jego bliskie relacje ze Stanami Zjednoczonymi za czasów George’a W. Busha. Przypomnijmy, że polityka ta zaowocowała konfliktem Warszawy z Berlinem i Paryżem wokół wojny w Iraku w 2003 r. Zwolennicy proamerykańskiej polityki portretowali wtedy Niemcy i Francję jako słabeuszy i dekadentów („poznasz drania po bagietce”) w opozycji do silnych – również w sensie moralnym – Stanów Zjednoczonych. Dziś podobny zabieg prorządowi komentatorzy stosują porównując Wielką Brytanię i tandem niemiecko-francuski. Jak pamiętamy, nasza ówczesna miłość do Ameryki nie została odwzajemniona na miarę społecznych oczekiwań, a w powszechnym odczuciu dominowało  rozczarowanie.

Podobnie jak to było w przeszłości w przypadku USA, tak i teraz wobec Zjednoczonego Królestwa, polskie władze prezentują życzeniowy obraz wspólnoty interesów i wartości. Owszem, brytyjskich konserwatystów i naszą prawicę łączy chłodny stosunek do Unii Europejskiej i przekonanie o potrzebie silnego sojuszu z Ameryką. Przechodząc jednak do bardziej konkretnych spraw, nie da się nie zauważyć choćby tego, że Torysi są bez porównania bardziej liberalni niż PiS – zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i światopoglądowych. Działania takie jak paraliżowanie Trybunału Konstytucyjnego, przejęcie publicznych mediów, czy likwidacja służby cywilnej stoją w całkowitej sprzeczności z wartościami wyznawanymi nad Tamizą. Układ, w którym niekwestionowany lider zwycięskiej partii nie obejmuje funkcji premiera, lecz steruje krajem z tylnego siedzenia, jest dla Brytyjczyków zjawiskiem dość egzotycznym. To zadziwienie sytuacją w Polsce potwierdza analiza artykułów w konserwatywnych brytyjskich gazetach. Pierwotne, umiarkowanie pozytywne lub neutralne komentarze po wyborczym zwycięstwie nad Wisłą prawicy zostały zastąpione relacjami o demontażu kolejnych filarów liberalnej demokracji.

Pokładanie więc nadziei w – postulowanym przez ministra Waszczykowskiego – sojuszu Rzeczypospolitej z Wielką Brytanią wydaje się być naiwnością. Warto natomiast wrócić do trudnej sztuki gry na wielu fortepianach – ze szczególnym uwzględnieniem instrumentu niemieckiego. Konieczne jest też wyciągnięcie wniosków z błędów przeszłości, gdy marzenia i zaklęcia zastąpiły chłodną analizę.

 

Czytaj również